Znalezione komórką 2009-12-02 22:38:39


A dokładniej aparatem w nią inkorporowanym.

Pierwsze dwa znaleziska dotyczą promocji, aczkolwiek trochę to pachnie handlem żywym towarem:

Promocja raz:




Promocja dwa:




Trzeciego znaleziska daleko szukać nie musiałem, bo znalazlem go w domu. Pacholę moje dostało od formy paczkę świąteczną, a w niej kubek, a do kubka dołączona była metka. A metka wyglądała tak:

 .

Przypominam, chodzi o kubek. Taki do picia. Niekoniecznie w szkole i niekonicznie w warunach ażytkowych. No i te małe elementy. Jak na razie, nie udało mi się ich znaleźć. Może jak pozostawię na długo nieumyty ów inkryminowany kubek.


zdrówko

adrjan

skomentuj (1)

Ekologia my ass 2009-08-26 12:30:19







Wczoraj zagrali w Poznaniu Radiohead. Dziennikarze zajawiający ten koncert (przed) i piszący – najczęściej na kolanach – relację po, prześcigają się w odmienianiu przez wszystkie przypadki słowa "ekologiczny". Bez wyjątku i jednocześnie bez jakiegokolwiek pomyślunku.

Zastanawiam się jak można używać określenia "ekologiczny" wobec wydarzenia na które przyszło kilkadziesiąt tysięcy osób, większość z nich wypiła kilka piw, po których ekologicznym ruchem cisnęła plastikowy kubek na wielkopolską glebę, część z nich – w tym niżej podpisany – odprowadziła do atmosfery kilka decymetrów sześciennych metanu, osoby przybyłe na koncert rowerami stanowiły promil a ruch samochodowy odpływający po koncercie w kierunku wschodnim zakorkował się już przy pierwszej stacji benzynowej.

Rozumiem, gdyby koncertowa gawiedź - poza biletem – musiała przynieść kwintal zużytych baterii, przyodziać się jedynie w ekologiczne kreacje, a techniczni za z sceną zapierdalali na rowerkach, aby ekologicznie zasilić sprzęt muzykującej piątki chłopców. Wtedy mozna by od biedy nazwać to ekologią.

A tak – wydarzenie można nazwać jedynie mniej śmierdzącym niż reszta. Wyjaśnię też, że nie jestem jakimś pierdolniętym nawiedzonym ekologiem, co się pochyla nad każdym zerwanym listkiem czy używa jedynie papierowych toreb, ale takie bałwochwalcze i bezmyślnie powtarzanie bzdur doprowadza mnie do obłędu.

A sam koncert? Bardzo rzetelny, profesjonalny, świetnie zagrany i zaśpiewany. Daleki jednak jestem od brandzlowania się nim, tak jak to miało miejsce w Trójce po północy przez dwie godziny. Jak już pisałem wcześniej, dla mnie koncert to coś więcej niż odegranie kawałków z płyty. Potrzebuję czuć, że zespół wie, że gra do ludzi a nie do mikrofonu. I to, że wczoraj Yorke wypowiedział cztery zdania, bo zazwyczaj nie mówi nic, nie jest dla mnie powodem do szukania w koncercie pierwiastków mistycyzmu czy muzycznej rewolucji. 

A że zagrali "Creep"? No cóż, fajnie że zagrali. Kawałek bardzo ładny, ale nigdy przed nim na kolana nie padałem. Moim zdaniem może on co najwyżej buty czyścić połowie kawałków z "OK Computer".

A "No suprises" – kurwa – nie zagrali.




zdrówko

PS. Nie mniej jednak warto było.


Tagi: koncert, ekologia, bzdura, radiohead, bezmyślność, creep, yorke

skomentuj (0)

Nie będzie polskiego whose line'a 2009-08-18 11:08:04


Dla tych, co nie znają, wyjaśnienie: "Whose Line is it Anyway?" to program przy oglądaniu którego trzeba pilnować zwieraczy, bo niekontrolowane oddawanie moczu jest wysoce prawdopodobne. Żona moja znakomita przy nim osiąga najwyższy poziom śmiechu, czyli gadakanie. Słowem – ideala rzecz pod wieczorne winko.

Dla tych co znają, przypomnienie:
 

Jakiś czas temu pojawiła się informacja że Rochstar będzie chciał zrobić polską wersję. Jednak ze kół zbliżonych do dobrze poinformowanych dowiedziałem się, że projekt został zarzucony. Moje rozczarowanie szybko ustąpiło miejsca niemałej uldze. Dlaczego? Bo ten program nie miał u nas szans powodzenia. Żadnych. Nie ma ludzi, którzy byliby w stanie to pociągnąć. Nie ma u nas szkoły improwizacji, a sztuka stand upu jest na poziomie berka kucanego. Byłem w stanie postawić spore pieniądze, że Rochstar pójdzie w błazenadę i wygłup. Wzięliby Mariolkę z Paranienormalnych, Halamę, starszego z  Pazurów i może młodego Stuhra. Ten ostatni może by dał radę, Pazura sprzed kilku (kilkunastu lat) może też, ale czy kto jeszcze? Rutkowski z Montowni? Boberek?

No i na pewno nie znajdzie się nikt w Polsce, kto potrafiłby się choć zbliżyć do Wayne Brady'ego i jego geniuszu wokalnego. Czy jest ktoś u nas, kto potrafiłby zaimprowizować piosenkę o hydraulikach w stylu Tiny Turner. Albo o projektancie uszczelnień w urządzeniach do utylizacji ścieków w stylu Linkin Park?



Tak naprawdę ludzie idealni do polskiej wersji Whoe Line'a występowali u nas kilkadziesiąt lat temu. Kobiela, młodzi Gołas, Fronczewski, Dziewoński, Pokora. Z nimi mogłoby się udać.

 zdrówko

 

Strony z Whose Line opatrzone polskimi napisami:

http://www.wliia.pl/

http://whoseline.pl/

Enjoy :)



Tagi: kabaret, śmieszne, whose line, rochstar, drew carey

skomentuj (2)

Straszny pan w czarnym stroju 2009-08-06 22:03:02


Musze przyznać, że ilekroć widzę tych śmiesznych panów ubranych na czarno i obwieszonych różnymi treblinkami i pinezkami

to od razu przypomina mi się jeden z najgenialniejszych skeczów Monty Pythona (obejrzeć uważnie do końca, wszak pointa najważniejszą jest)



Znaczy mi sie rozchodzi o to. Zastanawiam się, czy jak ci straszni panowie w strasznych czarnych strojach skończą robić swoje straszne miny i wykrzykiwać straszne linijki swoich pieśni, to na okrzyk żony "tea's ready" (albo "kochanie, posmarować ci chlebek masłem zambrowskim czy ramą?") odpowiadają "idę kochanie", układając uprzednio w kosteczkę swoje straszne czarne stroje.

I nawet nie chodzi o to, że nałożnicą najważniejszego z tych strasznych panów jest obecnie pewna różowa prostaczka (równie zresztą straszna co panowie od treblinek). Zresztą w jej wypadku komunikat o herbacie czy kanapce byłby niemożliwy, wszak odżywia się ona wyłącznie suszi.

zdrówko


Tagi: doda, monty python, straszne, behemoth

skomentuj (1)

Ale co z Cyprianem?! 2009-07-22 16:17:49


Wczorajsza zadyma pod KDT, wszyscy liczą straty i liczbę ofiar tej żenującej napierdalanki. Szed KDT dziękuje kibolom (niezłe jaja), HGW robi za twardzielkę. Nikt jednak nie mówi, nie pisze, nie docieka co się stało z Cyprianem? Wszak bohaterski reporter TVN stał w pierwszej linni frontu, był świadkiem, a potem nawet ofiarą tej stołecznej potyczki. A minęło juz dobrych kilkadziesiąt godzin od ostatnich zapisów na gazecie, co się działo z Cyprianem:



Ostatnia informacja jest z godz. 9:30 wczoraj. Czy naprawdę nikogo nie obchodzi los bohaterskiego Cypriana?

Jeszcze jedno. "Dziennik" jak to ma w zwyczaju, o komentarz do najnowszych wydarzeń poprosił tzw. "eksperta". No więc ekspertem w temacie KDT okazała się...


Hę? HudefakizElis?

zdrówko

adrjan

skomentuj (0)

Opener uważam za zamknięty 2009-07-07 16:14:26

No wreszcie pojechałem:) A co zobaczyłem, poniżej opisuję:

Dzień pierwszy.

Największe rozczarowanie – Artic Monkeys. Nawet nie chodzi o to, że w trakcie siadł dźwięk i zrobiło się nieprzyjemnie cicho. Po prostu chłopaczkowie zagrali kompletnie bez ikry. Raz że były to nowe kawałki i nie wszyscy jeszcze zapałali do nich miłością, jednak chodzi głównie o to, że wyszli, zagrali i zeszli. Kompletnie brak akcji był. Po nich na scenie głównej pojawili się Basement Jaxx. Choć ichnim fanem zbytnim nie jestem, to trzeba docenić, że zrobili niezłe żywiołowe show.

Bardzo pozytywnym zaskoczeniem był Tent Stage. Bez wyjątku (aczkolwiek Old Time Radio nie widziałem). The Car Is on Fire, Peter Bjorn and John, Late of the Pier i Łąki Łan zaprezentowali się tak, że spora część widzów na pewno dzień później rozpoczęła poszukiwanie ich płyt w sklepach. Zwłaszcza dwie ostatnie kapele. Pier byli mi kompletnie nieznani, a na pewno nawiążę teraz z nimi bliższą znajomość, natomiast w przypadku ŁąkŁanów okazało się, że to nie tylko wielka zgrywa. Panowie poza tym, że starają się wyróżnić wariackim imagem, to jeszcze potrafią kapitalnie przyłoić. Szacun. I za formę i za treść. Płytkę ŁŁ już mam :)

Dzień drugi.

Maria Peszek, Gaba Kulka, Kapela – bardzo przyzwoicie, ale to niespodzianką żadną nie jest. The Gossip natomiast zatrzęśli ziemią. Dosłownie. Wielki biały wieloryb zwany Beth Ditto dynamiką i ruchem mogłaby obdzielić wszystkich ładnych chłopców z KoL i AM reazem wziętych. 100 kilogramów śpiewających i podskakujących na bosaka nieczęsto ma się okazję zobaczyć. Ja zobaczyłem i z pewnością nie żałuję. Hjaltalin, czyli blondowłosy wiking z kumplami wypadł nierówno. Jego kawałki miały dość dziwną konstrukcję, zmiany rytmu i mocy nie zawsze wypadały ok. Duffy – wolę kaczora o tym imieniu. The Kooks – ujdzie (ledwo ledwo). Moby – kurde, zawsze mi się podoba na koncertach. Jakoś działa na mnie połączenie elektroniki z kobiecym wokalem w wersji live (podobnie jak w przypadku Roksopp). Tym razem też zadziałało i się spodobało. Potem znalazłem się w okolicach Tent Stage i pognałem szybko, bo słyszałem jakieś krzyki gwałconej niechybnie kobiety. Może potrzebuje pomocy (kobieta, nie gwałciciel)? Okazało się, że to tylko koncert Crystal Castles. No cóż, niektórym to się podoba. Opcję kobieta plus klawisze wolę w wersji Mass Kotek, które pojawiły się dzień później. Przynajmniej tak się nie drą.

Dzień trzeci. Sobota

Izraela nie widziałem, Madness zawsze mi się miałki wydawał, choć panowie naprawdę się starali. Zresztą wszystko przed 22. tego dnia było nieważne. O tej porze miano zaserwować główne danie Openera i mój najważniejszy powód bytności na nim. Faith No More. I jak było? Było doskonale. Patton w najlepszej formie. Jeśli chodzi o możliwości wokalne i ich wykorzystanie, w dalszym ciągu niewielu może mu sprostać. W występie nie zabrakło żadnego ważnego kawałka, na czele z moim ulubionym Midlife Crisis. Aż się przyznam, że w pewnym momencie wzruszenie dopadło i z oczu trochę pociekło. Tylko czego akurat w momencie, kiedy grali nie swój kawałek a bidżisowskie "I started a joke"?. Gdybym był poetą to bym napisał, że podczas koncertu FNM wzruszyło się całe niebo, bo wtedy był jedyny moment kiedy trochę popadało. A poza tym cały czas nieźle słonko dawalo. Dobrze więc, że gumiaków nie kupiłem, choć to był niezbędny element wyposażenia sporej grupy ludków. Bo guma, jak wiadomo, ważna rzecz. Zwłaszcza na takich spędach.

Patton, cały na czerwono, to doprawdy diabeł wcielony. Czy to z laską w ręce, czy z megafonem, parasolem czy szklanką żubrowki. Naprawdę czacun dla niego i reszty zespołu.

   

  zdjęcie - PJ

Hej, pieśniarze i pseudopieśniarze, uczcie się od Pattona, jak to się robi. Profeska, charyzma, interakcja z publiką – na tym polega koncert a nie odfajkowaniu kawałków z płyty. Jak bym chciał tylko tyle, to bym nie ruszał dupy z domu, tylko se włączył płytę. Ale o tym później

FNM zagrali ponad półtorej godziny. W efekcie po tym jak poszedłem się nasączyć i podreptałem do Tent Stage'a, to mogłem od razu wracać, bo White Lies właśnie skończyli.

Pendulum – nie znałem wcześniej. W Gdyni z przyjemnością nawiązałem znajomość. Mocno, dynamicznie, przyjemnie. W sam raz na zwieńczenie dnia

Dzień czwarty. Niedziela

Najpierw Buraka Som Sistema. Wcześniej słyszałem ze dwa kawałki może. "Nie moja bajka" – pomyślałem, taki jakiś zbiór popieprzonych dźwięków. "Poczekaj na ich występ na żywo" – rzekł PJ. No i poczekałem. No i okazało się to największym pozytywnym zaskoczeniem imprezy. Chłopcy radarowcy z Portugalii ujarzmili, podporządkowali sobie i rozbujali całą widownię jak nikt inny. Nie sposób było nie hoplać pod World Stagiem. Hoplałem i ja. Znakomity początek ostatniego dnia.

Kumka Olik fajni, dynamiczni. Santigold – fanem nie byłem i raczej nie zostanę, ale słuchało się przyjemnie.

Kings of Leon i Placebo. Teoretycznie jedni z największych. I rzeczywiście. Jedne z największych. Rozczarowań. Przyszli, zagrali, wyszli. Zwłaszcza ci piersi. Chłopcy z Tennessee, jak macie po prostu zagrać kawałki z płyty, to może poprzestańcie na sprzedaży tychże. Jak coś nazywa koncert, to powinno być to muzyka plus coś jeszcze. Jakiś żywioł, akcja, interakcja, dialog. Uczcie się kurwa, od Pattona. Byliście dzień wcześniej? Podobnie Placebo. Mimo, że było ich więcej niż bazowa trójka (blondyna wycinająca na smyczkach, pan biały od konsolety i dodatkowy szarpidrut), to jakbym se płytę puścił. Realizator robił co mógł, nadrabiając częstym pokazywaniem nowego bębniarza, ale nie pomogło to za bardzo. Choć trzeba przyznać, że chłopak jak malowany. Zwłaszcza na torsie i rękach trudno znaleźć niewydziarane miejsce. Krótko mówiąc – rozczarowanie. Nawet kurka, "pure morning" nie zagrali.

Na koniec dano łupnia, czyli wypuścili z klatki Prodigy. Owszem było głośno, rytmicznie, świetlnie i padaczkowo, ale nigdy to na mnie nie działało szczególnie. Zwłaszcza, że na Openerze ten ciemniejszy pan od wrzasków nie potrafił sklecić zdania, w którym nie byłoby słowa "fuckin". Na dłuższą metę zrobiło się to rzygliwie i żenadne. Ja rozumiem, że trzba sobie przyćpać przed występem, ale – w mordę – nie wiadrami.

Na koniec logistyka. Nie wiem, jak bywało wcześniej, ale jeżeli ktoś na to narzekał w tym roku, to musi być jakimś niedopieszczonym idiotą. Tojtojów na terenie koncertu było chyba kilkaset, żarła różnego w bród (z cenami bywało różnie), a przerzucanie tych kilkudziesięciu tysięcy melomanów podstawionymi busami w te i wewte odbywało się nadspodziewanie sprawnie. Tak się złożyło, że w obie strony podróżowałem w szczycie i dało się wytrzymać. Największym minusem był system płacenia – dziwny system kuponowy, plus znikoma ilość terminali do płacenia kartą za piwo.

Czy pojadę za rok? Nie wiem, kurka. To męczące jest :)

zdrówko

na koniec bałwan z piasku. a piasek z Rewy

 

 



Tagi: opener, kings of leon, faith no more, mike patton

skomentuj (0)

Nie che mi się nic pisać 2009-06-03 22:46:30


Wolę czytać i grzebać w sieci. A grzebiąc, można wygrzebać fajne rzeczy, trochę śmieszne, trochę śmierdzące.
A zatem:

Śmiesznie, acz filmowo:

MTV Shows


Śmiesznie, bo kabaretowo:

Czesuaf - The Po-Nic (Ryjek 2008)
Załadowane przez: Radokino - Obejrzyj więcej rozśmieszających wideo.


Śmierdząco, acz śmiesznie. No dobra, mnie śmieszyło. I przyznam, że ten gość jest lepszy ode mnie :)


zdrówko



skomentuj (0)

Księga Gości
rodzyna, czyli moje szanowne Panie
bronka, czyli pacholę jedyne
zojka, czyli żona moja znakomita

inni też blogują, nierzadko ciekawie
zimno
ojca Raj
z Barana go! głównie o boksie, ale to fajny chłopak jest
wojtko nie dość, że pisze, to jeszcze czasem zaśpiewa
zupka
dama-pik
martala
kkoss
gale